Sherlock Holmes i sekret zaginionego odkrywcy

krytyk

2024-02-17

W sercu mglistego Londynu, gdzie tajemnice splatają się z codziennością jak mgła z wieżami miasta, Sherlock Holmes i doktor Watson stali przed jednym z najbardziej złożonych wyzwań swojej kariery. Na Baker Street 221B zawitała osoba, której opowieść przeniosła ich w świat dawno zapomnianych cywilizacji, tajnych stowarzyszeń i niebezpiecznych przygód.

Pewnego wieczoru, gdy zegar wybił ósmą, do ich mieszkania wkroczyła kobieta o silnej posturze i zdecydowanym kroku. Była to lady Margaret Cunningham, wdowa po słynnym eksploratorze sir Charlesie Cunninghamie, który zniknął podczas ekspedycji w nieznane regiony Amazonii. Lady Margaret, zrozpaczona i zaniepokojona, przyniosła ze sobą dziennik swojego męża, który niedawno został odnaleziony w tajemniczych okolicznościach.

„Dziennik sir Charlesa zawiera wzmianki o starożytnym mieście, którego istnienie mogłoby zmienić nasze rozumienie historii,” rozpoczęła lady Margaret, wyciągając zatarty, skórzany tom. „Jestem przekonana, że informacje zawarte w tym dzienniku mogą rzucić światło na okoliczności jego zaginięcia.”

Holmes, zawsze zaciekawiony niezwykłymi zagadkami, przyjął dziennik, a jego oczy błysnęły zainteresowaniem. Wraz z Watsonem zaczęli studiować notatki eksploratora, które zawierały opisy nie tylko niezwykłych artefaktów i nieznanych dotąd roślin, ale także aluzje do tajemniczego stowarzyszenia, które mogło mieć swoje powiązania z zaginionym miastem.

Śledztwo rozpoczęło się od wizyty w Królewskim Towarzystwie Geograficznym, gdzie Holmes i Watson próbowali ustalić, kto jeszcze mógł być zainteresowany dziennikiem sir Charlesa. Ich poszukiwania szybko ujawniły, że eksplorator przed wyprawą był w kontakcie z kilkoma osobami, w tym z tajemniczym finansistą, który znany był z zamiłowania do okultyzmu i starożytnych cywilizacji.

W miarę jak detektyw i jego wierny towarzysz zagłębiali się w labirynt skomplikowanych wskazówek i zbiegów okoliczności, odkryli, że sir Charles Cunningham mógł natrafić na coś, co przekraczało granice zwykłej eksploracji. Ślady prowadziły ich do podejrzanych aukcji, na których sprzedawano artefakty o nieznanym pochodzeniu, oraz do tajnych spotkań członków stowarzyszenia, które wydawało się być zainteresowane dziennikiem eksploratora.

Z każdym krokiem, Holmes i Watson napotykali coraz większe niebezpieczeństwa. Zostali wplątani w sieć intryg i zdrad, która ciągnęła się od londyńskich ulic po odległe zakątki świata. W końcu, po serii niebezpiecznych przygód, które doprowadziły ich na skraj śmierci, udało im się dotrzeć do miejsca, które mogło być kluczem do rozwiązania tajemnicy sir Charlesa – ukrytego archiwum, w którym przechowywano starożytne manuskrypty i mapy.

W archiwum, pośród pyłu i zapomnienia, Holmes odnalazł dokumenty, które rzucały nowe światło na ostatnią wyprawę sir Charlesa Cunninghama. Nie były to jednak zwyczajne mapy. Na kilku pożółkłych arkuszach widniały linie rzek, pasma górskie i oznaczenia terenów, których próżno byłoby szukać na oficjalnych mapach Ameryki Południowej. W samym środku jednego z arkuszy znajdował się znak przedstawiający czarny okrąg przecięty trzema pionowymi liniami.

Holmes przez dłuższą chwilę przyglądał mu się przez szkło powiększające.

– Widziałem już ten symbol – powiedział w końcu.

– Gdzie? – zapytałem.

– Na pieczęci listu, który lady Margaret przyniosła razem z dziennikiem męża. Był prawie całkowicie starty, dlatego początkowo uznałem go za przypadkową plamę atramentu. Teraz jednak nie mam wątpliwości.

Wyciągnął z kieszeni mały notes i wykonał szybki szkic.

– A zatem stowarzyszenie, o którym wspominał Cunningham, naprawdę istnieje? – spytałem.

– Istnieje albo przynajmniej istniało. Bardziej interesujące jest jednak co innego. Proszę spojrzeć na papier.

Nie dostrzegałem niczego niezwykłego. Holmes westchnął, zbliżył arkusz do lampy i wskazał jego dolny róg.

Dopiero wtedy zauważyłem niemal niewidoczny znak wodny.

– Londyn – przeczytałem ze zdumieniem. – Rok 1887.

– Właśnie. Ta rzekomo starożytna mapa została sporządzona zaledwie kilka lat przed wyprawą sir Charlesa.

– Fałszerstwo?

– Niekoniecznie. Być może kopia starszego dokumentu. Ale jeśli tak, ktoś wykonał ją tutaj, w Anglii. Nasza zagadka, Watsonie, zaczęła się w Londynie na długo przed tym, nim sir Charles postawił stopę w Amazonii.

W tym momencie usłyszeliśmy cichy trzask dobiegający zza drzwi archiwum.

Holmes natychmiast zgasił lampę.

W pomieszczeniu zapadła całkowita ciemność.

Przez kilka sekund słyszałem wyłącznie własny oddech. Potem rozległ się odgłos ostrożnie stawianych kroków. Ktoś znajdował się w korytarzu.

Holmes pochylił się do mojego ucha.

– Proszę zostać przy stole.

Sam przesunął się bezszelestnie w stronę drzwi.

Nagle klamka drgnęła.

Drzwi otworzyły się i do środka wpadł snop światła z latarni. W tej samej chwili Holmes rzucił się naprzód. Usłyszałem szamotaninę, krzyk i głuchy odgłos uderzenia. Zapaliłem lampę.

Na podłodze leżał mężczyzna w ciemnym płaszczu. Holmes klęczał obok niego, trzymając jego prawą rękę wykręconą za plecy. Kilka kroków dalej spoczywał niewielki rewolwer.

– Niezbyt elegancki sposób prowadzenia badań historycznych – zauważył Holmes.

Mężczyzna milczał.

Miał około czterdziestu lat, gęstą czarną brodę i ostre rysy twarzy. Jego ubranie było drogie, lecz zabrudzone błotem. Na palcu prawej dłoni zauważyłem masywny srebrny pierścień.

Widniał na nim czarny okrąg przecięty trzema liniami.

– Znak z mapy! – wykrzyknąłem.

Holmes uśmiechnął się lekko.

– Nasz przyjaciel był tak uprzejmy, że oszczędził nam wielu godzin poszukiwań.

Nieznajomy spojrzał na niego z nienawiścią.

– Nie wie pan, z czym ma do czynienia.

– Przeciwnie – odpowiedział Holmes. – Mam do czynienia z człowiekiem, który od co najmniej dwóch godzin śledził nas od siedziby Towarzystwa Geograficznego. Wcześniej czekał pan przy bocznym wejściu, gdzie nadepnął pan na świeżo rozsypany żwir. Kamyk nadal tkwi w lewej podeszwie. Przed wejściem do archiwum ukrywał się pan w zaułku, o czym świadczy wilgotne błoto na kolanie. Przypuszczam również, że nie zamierzał pan nas zabić, lecz jedynie odzyskać mapę. Gdyby było inaczej, nie trzymałby pan rewolweru w kieszeni.

Twarz mężczyzny pobladła.

– Kim pan jest?

– Sherlock Holmes.

Nazwisko zrobiło na nim wyraźne wrażenie.

Holmes puścił jego rękę, lecz natychmiast podniósł rewolwer.

– Teraz możemy rozmawiać spokojniej. Pańskie nazwisko?

Przez chwilę nieznajomy wahał się.

– Elias Ward.

Holmes spojrzał na mnie.

Nazwisko nie było nam obce. Ward należał do osób wymienionych w dokumentach sir Charlesa. Był sekretarzem Henry’ego Blackwooda, bogatego finansisty, którego zainteresowania starożytnymi cywilizacjami już wcześniej zwróciły naszą uwagę.

– Pracuje pan dla Blackwooda – stwierdził Holmes.

– Pracowałem.

– To interesująca różnica czasu.

Ward podniósł się powoli.

– Blackwood nie jest człowiekiem, za którego go uważacie. Cunningham odkrył to zbyt późno.

– Co odkrył?

Mężczyzna spojrzał w stronę drzwi, jakby obawiał się, że ktoś może nas podsłuchiwać.

– Miasto istnieje.

W archiwum zapadła cisza.

– Jakie miasto? – spytałem.

– To, którego szukał Cunningham. Indianie nazywają je Aramaya. Blackwood dowiedział się o nim kilkanaście lat temu dzięki portugalskiemu misjonarzowi, który powrócił z Amazonii. Misjonarz twierdził, że w głębi puszczy spotkał plemię strzegące ruin znacznie starszych niż jakiekolwiek znane osady tego regionu.

– I Blackwood uwierzył w tę historię? – zapytałem.

Ward zaśmiał się gorzko.

– Blackwood wierzy tylko w pieniądze. Misjonarz przywiózł ze sobą niewielką figurkę wykonaną z nieznanego stopu złota i srebra. Analiza wykazała, że przedmiot miał wartość ogromną, lecz jeszcze ważniejsze było jego pochodzenie. Blackwood doszedł do wniosku, że w ruinach może znajdować się skarbiec.

– A sir Charles?

– Miał znaleźć drogę.

Teraz wszystko zaczynało układać się w logiczną całość. Blackwood sfinansował ekspedycję, nie zdradzając prawdziwego celu wyprawy. Cunningham, znany podróżnik i geograf, miał odnaleźć zaginione miasto. Najwyraźniej jednak w pewnym momencie zorientował się, że jego sponsor kieruje się zupełnie innymi pobudkami niż pragnienie wiedzy.

– Dlaczego więc sir Charles zaginął? – zapytałem.

Ward spuścił wzrok.

– Ponieważ odmówił przekazania Blackwoodowi dokładnej lokalizacji miasta.

Holmes zmrużył oczy.

– A skąd pan o tym wie?

– Byłem tam.

Te trzy słowa zrobiły na mnie większe wrażenie niż wszystko, co usłyszeliśmy wcześniej.

Ward opowiedział nam swoją historię.

Ekspedycja sir Charlesa liczyła początkowo trzynaście osób. Po kilku miesiącach podróży w górę jednej z dopływowych rzek Amazonki pozostali tylko najtwardsi. Choroby, gorączka i wypadki zmusiły część uczestników do powrotu. W końcu Cunningham, Ward oraz czterech miejscowych przewodników dotarli do doliny otoczonej niemal pionowymi skalnymi ścianami.

Tam znaleźli ruiny.

Nie było to jednak miasto pełne złota, jak wyobrażał sobie Blackwood. Większość budowli pochłonęła dżungla. Kamienne schody prowadziły donikąd, korzenie ogromnych drzew rozsadzały ściany świątyń, a na placach, po których przed wiekami chodzili ludzie, rosły paprocie wysokie na kilka metrów.

Sir Charles spędził w ruinach prawie miesiąc.

Odkrył inskrypcje świadczące o istnieniu kultury, która mogła rozwinąć się niezależnie od znanych cywilizacji Ameryki Południowej. Zrozumiał wtedy, że odkrycie ma znaczenie naukowe daleko większe niż wartość jakiegokolwiek skarbu.

Kiedy Ward ujawnił mu prawdziwy cel Blackwooda, Cunningham postanowił ukryć położenie miasta.

– Wysłał część notatek do Anglii? – zapytał Holmes.

– Tak. Ale nie wszystkie. Najważniejszą mapę zatrzymał przy sobie.

– Co się z nim stało?

Ward długo nie odpowiadał.

– Ostatni raz widziałem go w Manaus. Mieliśmy wracać razem do Anglii. Wieczorem przyszedł do niego człowiek Blackwooda. Następnego dnia Cunningham zniknął.

– Nazwisko tego człowieka?

– Victor Harcourt.

Holmes drgnął niemal niezauważalnie.

Ja również znałem to nazwisko. Victor Harcourt był archeologiem, który kilka tygodni wcześniej wygłosił w Londynie wykład o przedkolumbijskich kulturach Ameryki. Co więcej, należał do grona osób, z którymi sir Charles spotykał się tuż przed swoją ostatnią wyprawą.

– Harcourt jest teraz w Londynie – powiedziałem.

– Wiem – odparł Ward. – I dlatego próbowałem zabrać mapę. Jeśli ją znajdzie, pojedzie do Aramayi.

– Nie sam – zauważył Holmes.

Ward pokręcił głową.

– Blackwood przygotowuje nową wyprawę.

Holmes spojrzał na mapę.

– Kiedy wyrusza?

– Za cztery dni.

Jeszcze tej samej nocy wróciliśmy na Baker Street.

Holmes niemal nie mówił. Rozłożył na stole dziennik sir Charlesa, odnalezioną mapę oraz kilka dokumentów z archiwum. Następnie przez blisko godzinę chodził po pokoju, paląc jedną fajkę za drugą.

Znałem ten stan. Jego umysł pracował z niezwykłą szybkością, porządkując pozornie niepowiązane fakty.

Wreszcie zatrzymał się.

– Watsonie, popełniliśmy błąd.

– Jaki?

– Założyliśmy, że Cunningham zaginął w Brazylii.

– Wszystko na to wskazuje.

– Właśnie dlatego należy zakwestionować to założenie. Proszę spojrzeć na ostatni zapis w jego dzienniku.

Odczytałem:

„Jeżeli wrócę do Anglii, będę musiał ukryć prawdę przed B. Nie wolno dopuścić, aby Aramaya stała się drugim Eldorado.”

– Wrócę do Anglii – powtórzył Holmes. – Nie „jeżeli przeżyję”, nie „jeżeli uda mi się wydostać z dżungli”. Cunningham spodziewał się powrotu. Tymczasem jedynym świadectwem jego zaginięcia w Manaus są słowa ludzi Blackwooda.

– Sugerujesz, że wrócił do Londynu?

– Sugeruję więcej. Jestem niemal pewien, że przez pewien czas przebywał w Anglii.

Holmes otworzył dziennik na stronie, którą wcześniej uznałem za pustą. Podgrzał ją nad lampą. Powoli zaczęły pojawiać się brązowe litery zapisane atramentem sympatycznym.

„M. będzie wiedzieć, gdzie szukać. Trzy wieże. Północna ściana. Tam prawda pozostanie bezpieczna.”

– M. – powiedziałem. – Margaret?

– Oczywiście.

Następnego ranka odwiedziliśmy lady Cunningham.

Kiedy Holmes przeczytał jej ukrytą wiadomość, kobieta długo milczała.

– Trzy wieże – powiedziała w końcu. – To może być Ravenscroft.

Ravenscroft było starą posiadłością rodziny Cunninghamów w hrabstwie Kent. Dom od wielu lat pozostawał pusty. Lady Margaret wyjaśniła, że charakterystycznym elementem budowli były trzy niewielkie wieże stojące po północnej stronie.

Pojechaliśmy tam jeszcze tego samego dnia.

Ravenscroft sprawiało ponure wrażenie. Kamienna fasada była ciemna od wilgoci, większość okien zasłaniały ciężkie okiennice, a ogród zamienił się w gąszcz chwastów.

Holmes natychmiast skierował się ku północnej ścianie.

Po kilku minutach odnalazł kamień, na którym ktoś wyrył ten sam symbol, który widzieliśmy na mapie. Czarny okrąg przecięty trzema liniami.

Nacisnął kamień.

Fragment muru przesunął się z głuchym zgrzytem.

Za nim znajdowały się wąskie schody prowadzące w dół.

Zapaliłem latarnię.

– Coraz bardziej przypomina mi to powieść przygodową niż śledztwo – powiedziałem.

– Wszystkie dobre śledztwa mają w sobie coś z powieści, Watsonie. Różnica polega na tym, że w rzeczywistości autor nie gwarantuje bohaterom przeżycia do ostatniego rozdziału.

Zeszliśmy kilkanaście stopni.

Na dole znajdowała się niewielka piwnica.

Stał w niej stół, dwa krzesła i metalowa skrzynia.

Na stole leżała świeca.

Holmes dotknął knota.

– Palono ją niedawno.

Wtedy usłyszeliśmy głos.

– Wiedziałem, że w końcu pan tu trafi, panie Holmes.

Z ciemnego kąta wyszedł wysoki, siwowłosy mężczyzna.

Lady Margaret krzyknęła.

– Charles!

Sir Charles Cunningham żył.

Był wychudzony, miał długą brodę i poruszał się z trudem, lecz nie ulegało wątpliwości, że patrzymy na człowieka, którego cały świat od ponad dwóch lat uważał za zaginionego.

Lady Margaret rzuciła mu się w ramiona.

Holmes tymczasem zachował całkowity spokój.

– Nie jest pan szczególnie zaskoczony – zauważył sir Charles.

– Pańska śmierć nigdy nie została potwierdzona – odpowiedział Holmes. – A ludzie, którzy zbyt gorliwie starają się przekonać świat, że ktoś nie żyje, często osiągają skutek przeciwny do zamierzonego.

Cunningham opowiedział nam resztę historii.

Po spotkaniu z Harcourtem w Manaus zrozumiał, że Blackwood zamierza przejąć jego mapy. Upozorował więc własne zaginięcie. Dzięki pomocy jednego z kapitanów statków handlowych potajemnie wrócił do Europy. Następnie ukrył się w Ravenscroft, przekonany, że dopóki świat uważa go za zmarłego, Aramaya pozostanie bezpieczna.

Nie przewidział jednego.

Blackwood wiedział, że żyje.

– Od kilku miesięcy dostaję wiadomości – powiedział sir Charles. – Żądają mapy. Grożą Margaret.

Lady Cunningham pobladła.

– Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?

– Chciałem cię chronić.

Holmes pokręcił głową.

– Pańskie intencje były szlachetne, sir Charlesie, lecz skutek odwrotny. Blackwood nie potrzebuje już pańskiej mapy.

Cunningham spojrzał na niego ze zdumieniem.

– Jak to?

Holmes wyjął arkusz znaleziony w archiwum.

– Potrzebował tylko jednego elementu, którego brakowało mu do odczytania własnej kopii. Pańskiego dziennika.

Nagle z góry dobiegł huk.

Drzwi prowadzące do piwnicy zatrzasnęły się.

Holmes rzucił się ku schodom.

Za późno.

Z drugiej strony rozległ się głos.

– Dziękuję, panie Holmes.

Poznałem go natychmiast.

Victor Harcourt.

– Pańska reputacja jest całkowicie zasłużona. Oszczędził mi pan wielu miesięcy poszukiwań.

Holmes spojrzał na Cunninghama.

– Skrzynia!

Sir Charles rzucił się w jej stronę.

Była pusta.

– Mapa! – krzyknął.

Harcourt roześmiał się zza drzwi.

– Niech pan nie ma do siebie pretensji, sir Charlesie. Pańska żona była bardzo pomocna. Kiedy dowiedzieliśmy się, że odwiedziła Sherlocka Holmesa, wystarczyło śledzić jego poczynania.

Usłyszeliśmy oddalające się kroki.

Holmes jednak nie wyglądał na zaniepokojonego.

Przeciwnie.

Na jego twarzy pojawił się ten charakterystyczny uśmiech, który zawsze oznaczał, że przeciwnik popełnił właśnie fatalny błąd.

– Holmes – powiedziałem – Harcourt ma mapę.

– Owszem.

– Za cztery dni wyrusza wyprawa Blackwooda.

– Bez wątpienia.

– A my jesteśmy zamknięci w piwnicy.

– To również prawda.

– W takim razie wyjaśnij mi, co jest w tej sytuacji zabawnego.

Holmes usiadł spokojnie na krześle.

– To, Watsonie, że mapa, którą ukradł Harcourt, nie prowadzi do Aramayi.

Sir Charles spojrzał na niego zdumiony.

– Ależ to była moja mapa!

– Pańska mapa, lecz nie w tej postaci, w jakiej pozostawił ją pan w skrzyni. Zamieniłem ją, zanim zeszliśmy do piwnicy.

Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki złożony arkusz.

– Prawdziwa mapa znajduje się tutaj.

Przez kilka sekund nikt się nie odezwał.

Potem sir Charles zaczął się śmiać.

– Panie Holmes, zaczynam rozumieć pańską reputację.

Detektyw podszedł do drzwi i zbadał zamek.

– Harcourt pojedzie teraz prosto do Blackwooda. A Blackwood, przekonany, że zdobył to, czego pragnął przez lata, przestanie być ostrożny.

– Dokąd prowadzi fałszywa mapa? – zapytałem.

Holmes spojrzał na mnie z niewinną miną.

– Do niewielkiej doliny około stu mil od prawdziwego miasta.

– Stu mil?

– Nie chciałem narażać ich na zbyt wielką wygodę.

Dwa dni później Scotland Yard aresztował Henry’ego Blackwooda i Victora Harcourta. W siedzibie finansisty znaleziono dziesiątki zabytków pochodzących z nielegalnych wykopalisk, korespondencję świadczącą o przemytach oraz dokumenty dowodzące, że przez lata finansował ekspedycje mające zdobywać cenne artefakty dla prywatnych kolekcjonerów.

Najważniejsza tajemnica pozostała jednak nierozwiązana.

Co naprawdę znajdowało się w Aramayi?

Sir Charles zdecydował, że położenie ruin nie zostanie ujawnione publicznie, dopóki nie uda się zorganizować legalnej ekspedycji naukowej. Kilka miesięcy później wyruszył do Ameryki Południowej ponownie, tym razem wraz z grupą archeologów i geografów.

Holmes odmówił udziału.

– Dżungla nie jest miejscem dla mnie, Watsonie – stwierdził. – Za dużo wilgoci, za mało gazet i zdecydowanie zbyt niewielu londyńskich przestępców.

Pewnego chłodnego listopadowego wieczoru, niemal rok po zakończeniu sprawy, siedzieliśmy przy kominku na Baker Street, kiedy pani Hudson przyniosła niewielką przesyłkę.

Nie było na niej nazwiska nadawcy.

W środku znajdowała się kamienna figurka przedstawiająca dziwną postać o szerokiej twarzy i ogromnych oczach.

Obok leżała kartka zapisana ręką sir Charlesa.

„Drogi panie Holmes,

Aramaya istnieje.

Ale myliliśmy się w jednej rzeczy.

To miasto nie było opuszczone.”

Przeczytałem wiadomość dwukrotnie.

– Co to znaczy? – zapytałem.

Holmes wziął figurkę do ręki i przyjrzał jej się pod lupą.

Potem spojrzał w stronę ciemnego okna.

Na ulicy gęstniała londyńska mgła.

– To oznacza, mój drogi Watsonie – powiedział cicho – że być może sir Charles właśnie przesłał nam początek następnej sprawy.

[ciąg dalszy nastąpi, albo i nie nastąpi]

Dodaj komentarz