Sherlock Holmes i tajemnica srebrnego skarabeusza

krytyk

2024-02-17

W cieniu wieczornych mgieł, które osiadły nad Londynem niczym zasłona tajemnicy, ulice miasta napełniły się szmerem plotek o nowej, zagadkowej sprawie. Wśród zaułków i zakamarków Baker Street, dokładnie pod numerem 221B, drzwi pewnego mieszkania otwarły się, by przyjąć postać zaniepokojonego mężczyzny, których kroki poprowadziły go do jednego z najbardziej błyskotliwych umysłów swoich czasów.

„Sherlock Holmes!” zawołał, przekraczając próg salonu, gdzie słynny detektyw siedział zatopiony w lekturze.

Holmes podniósł wzrok, a jego oczy błysnęły zainteresowaniem. „Co sprowadza pana do mnie w tak późnej godzinie?” zapytał, kładąc książkę na bok.

„Pan Holmes, jestem profesorem Archibaldem Higgins’em, archeologiem. Przybywam z prośbą o pomoc w sprawie, która, jak sądzę, może okazać się jedną z największych zagadek, jakie pan kiedykolwiek rozwiązywał.”

Holmes uśmiechnął się lekko. „Proszę kontynuować, profesorze Higgins.”

„Kilka dni temu, w trakcie wykopalisk w Egipcie, odkryłem starożytny skarabeusz, wykonany z czystego srebra. Nie jest to jednak zwykła ozdoba. Napisy wyryte na jego powierzchni sugerują, że może to być klucz do odnalezienia zaginionego grobowca faraona Ahmose’a, pełnego niewyobrażalnych skarbów. Niestety, skarabeusz został mi skradziony tuż po powrocie do Londynu.”

Sherlock Holmes, zaciekawiony, przechylił się do przodu. „Kradzież starożytnej relikwii z pewnością jest kwestią wartą naszej uwagi. Czy są jakieś podejrzenia, kto może stać za tym czynem?”

„Jest kilka osób, które mogłyby mieć motyw, ale dowody są nikłe. Skarabeusz został skradziony z mojego biura na uniwersytecie, gdzie bezpieczeństwo pozostawia wiele do życzenia.”

Holmes skinął głową. „Doktor Watson, myślę, że mamy nową sprawę.” Watson, który do tej pory siedział cicho, uśmiechnął się szeroko.

Tak rozpoczęła się jedna z najbardziej skomplikowanych i fascynujących przygód Sherlocka Holmesa. Detektyw, wraz ze swoim niezawodnym towarzyszem, doktorem Watsonem, wyruszył na poszukiwania skradzionego skarabeusza, który zaprowadził ich przez labirynty londyńskich ulic, tajemnicze biblioteki pełne starożytnych manuskryptów, a nawet do podziemi miasta, gdzie czaiły się zagrożenia nie z tego świata.

W trakcie śledztwa Holmes wykorzystał swoje niezrównane umiejętności dedukcji, by odkryć sieć spisków i tajemnic, które oplatały kradzież skarabeusza. Każdy trop, każdy dowód, nawet najdrobniejszy szczegół, który inni mogliby przeoczyć, stawał się kluczowy w jego poszukiwaniach.

W końcu, po wielu niebezpieczeństwach i zaskakujących zwrotach akcji, Holmes i Watson stanęli twarzą w twarz z złodziejem skarabeusza. Okazał się nim były student profesora Higginsa, który, opanowany obsesją na punkcie starożytnego Egiptu, postanowił wykorzystać skarabeusz, by samemu odnaleźć zaginiony grobowiec.

Dzięki błyskotliwości Holmesa i odwadze Watsona, skarabeusz został odzyskany, a tajemnica grobowca faraona Ahmose’a pozostała nierozwiązana, czekając na kolejnego śmiałka, który odważy się jej stawić czoła.

„Coś mi mówi, Holmes, że ta przygoda zostanie zapamiętana na długo,” rzekł Watson, gdy wracali do domu.

Holmes uśmiechnął się tajemniczo. „W świecie pełnym tajemnic, Watson, każda rozwiązana zagadka prowadzi nas tylko do kolejnej. Ale to, co naprawdę liczy się, to droga, którą przemierzamy, by je rozwiązać.”

Jednak sprawa srebrnego skarabeusza nie zakończyła się tej nocy.

Minęły zaledwie trzy dni od chwili, gdy odzyskany przedmiot spoczął ponownie w sejfie profesora Higginsa, gdy na Baker Street pojawił się posłaniec. Był nim chłopiec w przemoczonym płaszczu, który bez słowa wręczył pani Hudson niewielką kopertę i natychmiast zniknął w londyńskiej mgle.

Holmes siedział przy kominku, grając cicho na skrzypcach, kiedy podałem mu przesyłkę.

– Bez nazwiska nadawcy – zauważyłem. – I bez adresu zwrotnego.

Holmes odłożył smyczek.

– To akurat najmniej interesujące, Watsonie.

Obrócił kopertę w dłoniach.

– Papier francuski, ale atrament angielski. Kopertę zaklejono pospolitym klejem używanym w tanich londyńskich pensjonatach. Posłaniec przyszedł pieszo, więc nadawca zapewne znajduje się nie dalej niż kilka ulic stąd.

– Wszystko to wywnioskowałeś z koperty?

– Nie. Część z koperty, część z błota na butach chłopca.

Otworzył list.

Wewnątrz znajdowała się tylko jedna kartka. Na niej widniały trzy krótkie zdania:

„Skarabeusz jest fałszywy.

Profesor Higgins o tym wie.

Jeżeli chcecie poznać prawdę, przyjdźcie dziś o północy na cmentarz Highgate.”

Przeczytałem wiadomość jeszcze raz.

– Fałszywy? Przecież sam profesor znalazł go podczas wykopalisk.

Holmes przez chwilę milczał.

– Właśnie dlatego ta wiadomość jest interesująca.

– Podejrzewasz Higginsa?

– Podejrzewam każdego, kto przedstawia mi historię zbyt uporządkowaną.

Wstał i podszedł do okna.

– Od początku niepokoiło mnie jedno. Profesor twierdził, że skarabeusz odkryto w Egipcie, a następnie przewieziono do Londynu. Tymczasem na jego powierzchni zauważyłem drobne ślady tlenku siarki charakterystyczne dla wieloletniego przechowywania w londyńskim powietrzu.

– Chcesz powiedzieć, że przedmiot nigdy nie znajdował się w Egipcie?

– Nie powiedziałem tego. Powiedziałem jedynie, że przez długi czas znajdował się w Londynie, zanim profesor rzekomo odkrył go na wykopaliskach.

Przypomniałem sobie srebrnego skarabeusza. Niewielki przedmiot rzeczywiście wyglądał staro, ale przy mojej skromnej wiedzy archeologicznej nie potrafiłbym odróżnić autentycznego zabytku od doskonałej kopii.

– W takim razie po co Higgins miałby wymyślać całą historię?

Holmes uśmiechnął się.

– To właśnie, mój drogi Watsonie, zamierzamy ustalić.

O jedenastej trzydzieści opuściliśmy Baker Street.

Noc była wyjątkowo chłodna. Nad Londynem wisiała mgła, tłumiąc światło gazowych latarni. Im bardziej zbliżaliśmy się do Highgate, tym mniej ludzi spotykaliśmy na ulicach.

Przed cmentarzem Holmes zatrzymał dorożkę.

– Dalej pójdziemy pieszo.

– Czy spodziewasz się kłopotów?

– Zawsze spodziewam się kłopotów, kiedy anonimowy człowiek zaprasza mnie o północy na cmentarz.

Przeszliśmy przez boczną furtę, która ku mojemu zdziwieniu była otwarta. Wąska ścieżka prowadziła pomiędzy wysokimi nagrobkami. Drzewa poruszały się pod wpływem wiatru, a ich nagie gałęzie rzucały na ziemię niespokojne cienie.

W oddali zobaczyliśmy światło.

Pochodziło z niewielkiej latarni stojącej obok starego mauzoleum.

Holmes dał mi znak, abym zachował ciszę.

Podeszliśmy bliżej.

Przy kamiennym wejściu siedział mężczyzna. Miał ciemny płaszcz i kapelusz zsunięty głęboko na czoło. Kiedy nas zobaczył, poderwał się.

– Pan Holmes?

– Zależy, kto pyta.

Mężczyzna nerwowo rozejrzał się wokół.

– Nazywam się Edward Palmer. Pracowałem przez sześć lat jako asystent profesora Higginsa.

Nazwisko nie było mi znane.

Holmes jednak najwyraźniej się go spodziewał.

– Były konserwator zabytków w British Museum?

Palmer spojrzał na niego ze zdumieniem.

– Skąd pan wie?

– Pańskie nazwisko figuruje w katalogu pracowników sprzed kilku lat. Poza tym paznokcie prawej dłoni noszą ślady czerwonej pasty polerskiej używanej przy konserwacji metali.

Palmer przełknął ślinę.

– Profesor Higgins kłamie.

– To bardzo szerokie stwierdzenie – odpowiedział Holmes. – Proszę być dokładniejszym.

Mężczyzna wyciągnął z kieszeni małe drewniane pudełko.

Otworzył je.

Wewnątrz leżał srebrny skarabeusz.

Wyglądał dokładnie tak samo jak ten, który kilka dni wcześniej odzyskaliśmy.

– Dobry Boże – powiedziałem. – Drugi?

– Pierwszy – odparł Palmer.

Holmes wziął przedmiot i obejrzał go przez lupę.

– A więc kopia znajduje się u profesora.

Palmer skinął głową.

– Higgins zamówił ją u mnie trzy lata temu. Twierdził, że potrzebuje repliki do celów naukowych. Dopiero później zrozumiałem, że przygotowuje oszustwo.

– Jakiego rodzaju?

– Chciał upozorować wielkie odkrycie.

Profesor Higgins, jak wyjaśnił Palmer, od lat znajdował się w trudnej sytuacji zawodowej. Jego wcześniejsze wyprawy nie przyniosły znaczących odkryć, podczas gdy młodsi archeolodzy zdobywali rozgłos i stanowiska na najlepszych uczelniach. Higgins potrzebował czegoś, co ponownie uczyniłoby go sławnym.

Srebrnego skarabeusza kupił wiele lat wcześniej od prywatnego kolekcjonera.

Nie znał jego prawdziwego pochodzenia.

Gdy jednak odkrył na jego powierzchni hieroglify odnoszące się do faraona Ahmose’a, narodził się plan.

Miał zabrać skarabeusza do Egiptu, ukryć go na terenie wykopalisk, a następnie „odkryć” przed świadkami.

– Ale dlaczego wykonał kopię? – zapytałem.

– Ponieważ oryginału się bał – odpowiedział Palmer.

Holmes uniósł wzrok.

– To brzmi interesująco.

Palmer wskazał niewielkie znaki na spodzie skarabeusza.

– Tych symboli nie ma na kopii.

Holmes przybliżył przedmiot do światła.

– Nie są egipskie.

– Właśnie.

Palmer wyjaśnił, że Higgins początkowo uznał symbole za uszkodzenia. Dopiero jeden z jego znajomych orientalizujących uczonych zwrócił uwagę, że przypominają znaki używane przez pewną tajną organizację działającą w Kairze w pierwszej połowie XIX wieku.

Stowarzyszenie nazywało siebie Strażnikami Słońca.

Według zachowanych relacji jego członkowie poszukiwali grobowców, które następnie ukrywali przed europejskimi podróżnikami i handlarzami zabytków.

– Uważali się za obrońców egipskiego dziedzictwa – powiedział Palmer. – Ale krążyły również plotki, że przechowują mapy prowadzące do miejsc, których nigdy nie odkryli archeolodzy.

– W tym do grobowca Ahmose’a? – spytałem.

– Być może.

Holmes nadal oglądał skarabeusza.

W pewnej chwili nacisnął paznokciem jeden z jego boków.

Rozległo się ciche kliknięcie.

Skrzydło owada odsunęło się.

Palmer cofnął się ze zdumieniem.

Wewnątrz skarabeusza znajdował się cienki pasek metalu.

Holmes ostrożnie go wyjął.

Wyryto na nim ciąg maleńkich znaków.

– Profesor o tym wiedział? – zapytałem.

Palmer pokręcił głową.

– Nie sądzę.

Holmes spojrzał na niego uważnie.

– W takim razie pan również nie wiedział.

– Przysięgam.

Nagle z ciemności dobiegł trzask gałęzi.

Holmes natychmiast zgasił latarnię.

Rozległy się kroki.

Ktoś biegł w naszym kierunku.

– Za mauzoleum! – szepnął Holmes.

Ledwie zdążyliśmy się ukryć, gdy na ścieżce pojawiło się dwóch mężczyzn.

Jeden trzymał rewolwer.

Drugi miał latarnię.

– Palmer! – zawołał. – Wiemy, że tu jesteś.

Rozpoznałem głos.

Nie należał do profesora Higginsa.

Słyszałem go jednak wcześniej.

Był to głos Arthura Bellamy’ego, zamożnego kolekcjonera starożytności, którego spotkaliśmy podczas pierwszej części śledztwa. Wówczas przedstawił się jako przyjaciel profesora i twierdził, że nie interesuje go skarabeusz.

Najwyraźniej nie mówił prawdy.

Holmes pochylił się do mnie.

– Proszę zostać tutaj.

Zanim zdążyłem zaprotestować, zniknął w ciemności.

Bellamy podszedł do miejsca, w którym chwilę wcześniej stał Palmer.

– Nie ma go – powiedział jego towarzysz.

– Musi być gdzieś blisko.

Nagle z drugiej strony mauzoleum rozległ się gwizd.

Obaj mężczyźni odwrócili się.

Holmes stał na środku ścieżki.

– Szukają panowie może tego?

Uniósł srebrnego skarabeusza.

Bellamy wymierzył w niego rewolwer.

– Proszę go oddać.

– Oczywiście – powiedział Holmes spokojnie. – Tylko najpierw chciałbym wiedzieć, skąd pan wiedział, że znajduje się tutaj oryginał.

Bellamy milczał.

– Pański błąd polegał na pośpiechu – kontynuował Holmes. – Gdyby interesowała pana wyłącznie kopia przechowywana przez Higginsa, nie śledziłby pan Palmera. Wiedział pan, że istnieją dwa skarabeusze. Co więcej, wiedział pan, który jest prawdziwy.

– Dosyć!

– To oznacza, że znał pan historię przedmiotu jeszcze przed jego rzekomym odkryciem w Egipcie.

Bellamy uniósł broń.

– Ostatnie ostrzeżenie.

Wtedy rozległ się drugi głos.

– Pańskie ostrzeżenie jest spóźnione, panie Bellamy.

Z ciemności wyszło kilku policjantów.

Na ich czele stał inspektor Lestrade.

Nigdy nie zapomnę miny Bellamy’ego.

– Holmes! – wykrzyknął.

Detektyw schował skarabeusza do kieszeni.

– Kiedy otrzymuje się anonimowe zaproszenie na cmentarz, rozsądnie jest poinformować o nim Scotland Yard.

Kilka minut później Bellamy i jego wspólnik byli już skuci.

Palmer patrzył na Holmesa z mieszaniną ulgi i niedowierzania.

– Ale skąd Bellamy wiedział o oryginale?

– Tego właśnie dowiemy się jutro.

Następnego ranka udaliśmy się do domu profesora Higginsa.

Kiedy Holmes położył prawdziwego skarabeusza na jego biurku, profesor zbladł.

– Skąd pan to ma?

– Bardziej interesuje mnie, dlaczego skłamał pan w sprawie jego pochodzenia.

Higgins opadł na krzesło.

Przez dłuższą chwilę milczał.

W końcu przyznał się do mistyfikacji.

Skarabeusza otrzymał dwadzieścia lat wcześniej od swojego wuja, który przez wiele lat mieszkał w Aleksandrii. Wuj kupił go od człowieka twierdzącego, że przedmiot należał kiedyś do jednego ze Strażników Słońca.

Higgins nie wierzył tej historii.

Dopiero po latach zaczął badać hieroglify i doszedł do przekonania, że skarabeusz może mieć związek z nieodkrytym grobowcem.

Zamiast jednak ogłosić prawdziwe pochodzenie przedmiotu, wymyślił bardziej efektowną historię o odkryciu podczas wykopalisk.

– Bałem się, że nikt nie potraktuje mnie poważnie – powiedział.

– Więc dopuścił się pan naukowego oszustwa, aby zmusić świat do potraktowania pana poważnie – zauważył Holmes. – Ciekawa strategia.

Profesor ukrył twarz w dłoniach.

Pozostawała jednak jeszcze jedna zagadka.

Arthur Bellamy.

Policja podczas przeszukania jego domu znalazła korespondencję prowadzoną z handlarzami zabytków w Kairze, Marsylii i Konstantynopolu. Z listów wynikało, że od lat poszukiwał srebrnego skarabeusza.

Dlaczego?

Odpowiedź znajdowała się na metalowym pasku ukrytym wewnątrz przedmiotu.

Holmes pracował nad inskrypcją przez niemal dwa dni. Korzystał z książek dotyczących hieroglifów, szyfrów i dawnych systemów liczbowych.

Trzeciego wieczoru zastałem go przy stole zasłanym papierami.

– Rozwiązałeś to? – zapytałem.

– Częściowo.

Podał mi kartkę.

Widniały na niej cztery liczby oraz jedno słowo:

„Sakhmet”.

– Bogini wojny? – zapytałem.

– Między innymi.

Holmes wskazał liczby.

– Początkowo uznałem je za daty. To był błąd. Są to współrzędne.

– Grobowca?

– Nie.

Spojrzałem na niego.

– Więc czego?

Holmes rozłożył mapę Egiptu.

Jego palec zatrzymał się na pustynnym obszarze położonym daleko od znanych stanowisk archeologicznych.

– Świątyni.

Według wiadomości ukrytej w skarabeuszu znajdowała się tam niewielka świątynia poświęcona Sachmet, opuszczona jeszcze w starożytności. W jej podziemiach miała znajdować się kamienna tablica wskazująca drogę do królewskiego grobowca.

– Czy naprawdę sądzisz, że grób Ahmose’a znajduje się tam, gdzie wskazuje skarabeusz?

– Nie wiem.

– To niezbyt podobne do ciebie.

– Przeciwnie. Rozsądny człowiek odróżnia wniosek od hipotezy.

Holmes złożył mapę.

– Wiemy tylko, że ktoś przed wieloma laty zadał sobie ogromny trud, aby ukryć te informacje. Wiemy również, że Bellamy był gotów zabić, aby je zdobyć.

– Co zamierzasz zrobić?

– Nic.

Nie kryłem zdumienia.

– Nic?

– Sprawa kradzieży została rozwiązana. Profesor Higgins poniesie konsekwencje swojego oszustwa. Bellamy odpowie za swoje przestępstwa. Poszukiwanie starożytnych świątyń nie należy do moich obowiązków.

Pomyślałem, że sprawa rzeczywiście dobiegła końca.

Myliłem się.

Miesiąc później do Baker Street dotarł telegram.

Nadano go w Kairze.

Holmes przeczytał wiadomość i bez słowa podał mi kartkę.

„Do pana Sherlocka Holmesa.

Profesor Higgins zaginął.

W jego pokoju znaleziono znak srebrnego skarabeusza.

Brytyjski konsulat prosi o dyskrecję i natychmiastową pomoc.”

Spojrzałem na Holmesa.

– Powiedziałeś przecież, że nie zamierzasz jechać do Egiptu.

Detektyw podszedł do kominka i wrzucił telegram w ogień.

– Wtedy, Watsonie, nie mieliśmy sprawy.

– A teraz?

Holmes sięgnął po fajkę.

– Teraz ktoś najwyraźniej bardzo chce, abyśmy uwierzyli, że klątwa faraona naprawdę istnieje.

Nazajutrz rano kupiliśmy bilety na pierwszy pociąg do Dover.

Nie wiedzieliśmy jeszcze, że srebrny skarabeusz był jedynie pierwszym elementem znacznie większej tajemnicy.

Nie wiedzieliśmy również, że gdzieś pod piaskami Egiptu znajdował się człowiek, którego oficjalnie uznano za zmarłego przed ponad trzydziestu laty.

A przede wszystkim nie wiedzieliśmy, że profesor Higgins wcale nie został porwany.

Pojechał tam z własnej woli.

Dodaj komentarz